Budowlani gangsterzy cz. 1

PieczątkaNie dawno pewne znana mi Młoda Pani Architekt opowiedziała mi niezłą przygodę, którą można zaklasyfikować do kategorii horroru lub koszmaru sennego. Niech pierwsza części historii będzie przestrogą przed niebezpiecznymi ludźmi działającymi w branży budowlanej. A każda następna część niech będzie zapisem tego co dobrze się skończyło. Niestety nie zawsze tak jest.

Dla porządku zaznaczam już na początku, że wszelkie imiona i nazwiska zostały zmienione, a wszelka zbieżność jest absolutnie przypadkowa.

Rzecz dzieje się na południu kraju nad Wisłą w mieście nad rzeką będącą prawobrzeżnym dopływem najdłuższej rzeki tego kraju. Tereny wokół są raczej górzyste. Z tego też powodu architekci tu działający błogosławią każdy skrawek płaskiego terenu. W tych to okolicznościach przyrody i… ten tego niepowtarzalnych, Młoda Pani Architekt otrzymała zlecenie. Ba, można by rzec – wyzwanie, czyli adaptacja projektu typowego. #boom 😉 Jak się okazało akurat ten temat dla Młodej Pani Architekt do typowych nie należał, bo po raz pierwszy miała do czynienia z szeregówką.

Do gara trzeba coś włożyć, więc przyjęła zlecenie, ale jak to zwykle bywa w takich przypadkach – miodu nie było. Młoda Pani Architekt dostała projekt typowy – jak zwykle. Do roboty było wpasowanie budynku w zakupioną działkę i projekt posadowienia – jak zwykle. Dziwnym było to, że inwestor w rozmowach nie chciał, aby zagłębiać się zbytnio w technologię, ale o tym opowiem innym razem.

Sam projekt typowy wyglądał z pozoru… jak zwykle. Znacie ten klimat: pięćdziesiąta szósta kserówka zeszytu z podpisami pierwotnych projektantów.

W tym przypadku zrobiła go jakaś pracownia, którą prowadzi dość oryginalny duet geograficzno-mykologiczny. Jeden z architektów to Zenon Poznaniak, a drugi Radosław Maślak. #truestory 😉 Dziwnym tylko było, że żaden z tych panów nie podbijał ani nie podpisywał projektu jako pierwotny projektant. #seemslegit I tylko, żeby nie było, jeden z pierwotnych projektantów posiada uprawnienia i z nieznanych przyczyn nie podbił, ani też nie podpisał swojego dzieła. Zamiast niego zrobiła to pani Danuta Orzeł, członkini Okręgowej Komisji Kwalifikacyjnej w jednej z Izba Architektów na południu Polski i emerytowana pani naczelnik wydziału architektury pewnego miasta posiadającego dziś oficjalnie prawie 35 700 mieszkańców, która odeszła z piastowanego dotychczas stanowiska z początkiem roku 2015.

Generalnie można by powiedzieć: a co kogo to obchodzi? Jak się dogadali to w świetle prawa wszystko jest OK. Zgoda, ale pod warunkiem, że projekt jest zrobiony dobrze, bez błędów i wątpliwości. W tym projekcie błędy były i pojawiły się wątpliwości, dlatego Młoda Pani Architekt zwróciła się z kilkoma pytaniami, aby rozwiać wątpliwości dotyczące ścian oddzielenia przeciwpożarowego. Odpowiedzi spłynęły po dwóch dniach, ale okazało się, że ich autorem nie była pani Danuta Orzeł, lecz niejaki Krystian Leczniczy – młody as architektoniczny bez uprawnień.

Człowiek był bez uprawnień i nie można było traktować tych odpowiedzi poważnie.

Teraz dopiero się zaczęła jazda, bo Młoda Pani Architekt zakwestionowała odpowiedzi kolegi architekta, który nie posiada uprawnień. I nie ma się co dziwić. Jednak inwestor upierał się, że przecież projekt musiał być dobry i był bez błędów i co też to pani wymyśla, bo przecież został on już podpisany przez osobę z uprawnieniami. I tu tkwi jeden z problemów. Ktoś kompletnie bezrefleksyjnie podpisał jakiś tam zeszyt nadając mu miano projektu budowlanego.

Naiwnie chcę wierzyć, że ta osoba chociaż zajrzała do środka tego zeszytu, że obejrzała błędne (mówiąc subtelnie) rozwiązania w stropach, w dachu i sposobie posadowienia, że wyłapała sprzeczności pomiędzy grubością stropu a jego opisem i (najlepsze) że zauważyła, że długość i szerokość budynku w przekrojach i elewacjach nie pokrywa się nijak z rzutami. Ot, taki   m e t r o w y   strzał.

Praca Młodej Pani Architekt ze zwykłego projektu zagospodarowania działki, zebrania kilku uzgodnień i wpasowania w pochyły teren wzbogaciła się o prace dodatkowe dla niej i – jak można się domyśleć – dla konstruktora również.

W całej tej historii zastanawiają mnie co najmniej dwie sprawy. Po pierwsze, po co ta cała szopka z tyloma projektantami. Scenariuszy może być wiele i można wielu rzeczy się domyślać. Tylko po co? Mało mamy na głowie swoich spraw? I po drugie, czy pani podpisująca projekt pierwotny w ogóle zainteresowała się co podpisuje? Odpowiedź, oczywista i dość pochopna, narzuca się sama.

Inną sprawą jest nieśmiertelna kwestia projektów typowych. Są różne projekty typowe i różnej jakości, ale jeśli projektant z uprawnieniami usankcjonuje jakiegoś gniota z błędami, których nie wykrył, to wtedy sam może wpakować się w niezłą kabałę jako ostateczny projektant w świetle obowiązującego prawa. Dlatego zanim zamoczysz pióro w inkauście i zanim palniesz pieczęć na pergaminie – pomyśl i sprawdź.

P.L.

c.d.n.

Reklamy
4 comments
  1. robert skitek said:

    Proste: nie bawić się w adaptację gotowców. Skończyłoby się. Dziwi mnie, że nasze organizacje nie robią kompletnie nic w tym temacie.

    • Zgoda, ale to modelowy przykład – stworzenie zakazu lub czegoś podobnego. Warto do takiego modelu dążyć. Zapewne z uwagi na coś takiego jak wolność gospodarcza nie można zakazać tego typu działalności. ALE być może warto pokusić się o to, żeby wydawcy takich zeszytów nie nazywali ich projektem budowlanym (i w ogóle projektem) LUB żeby w urzędach nie respektowano tego typu wydawnictw, nawet z zaznaczonymi zmianami czerwonym kolorem dokonanymi przez architekta adaptującego. Wszystko narysowane na nowo tak jak ma być. Wtedy samemu odechce się adaptacji lub inwestor będzie wiedział co się z tym wiąże, bo architekt adoptujący zwykle wie. No chyba, że trafi na taki kwiatuszek jak przytoczony wyżej.
      Inwestor może i powinien mieć możliwość kupienia sobie takiego zeszytu, ale niech ma świadomość konsekwencji tego działania. Tylko obawiam się, że taki inwestor i tak umrze w nieświadomości. Nie wiem czy jest na ten proceder jakiś sposób.
      Może ktoś, coś….
      P.L.

      • robert skitek said:

        Nie chodzi mi o zakazy, tylko o zasady. Jakoś przeżyłem (bywało ciężko) bez babrania się w tym szicie. Ale kilkanaście już lat temu musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie czy warto. Pomyśleć przede wszystkim: z czym się to wiąże, kto ponosi odpowiedzialność za błędy. Rachunek był bardzo prosty – za duże ryzyko przy spodziewanym zysku. Albo za dużo roboty, gdyby to traktować poważnie. Nie trzeba zakazywać, tylko uświadamiać. Jakiś margines zawsze będzie to robił, ale wtedy to już tylko margines.

        • Zasady są istotne. A jak już wreszcie jakieś są, to istotne jest ich przestrzeganie. Wtedy pojawia się jakaś forma nakazu i egzekwowania tego nakazu. Dlatego uważam, że jakiś mechanizm opresyjny siłą rzeczy pojawić się musi. A że bywało ciężko to poniekąd wiem od Ciebie, a reszty mogę się tylko domyślać.

          Zgadzam się, że ryzyko jest duże jeśli ktoś nie sprawdza tego co podpisuje. Jest ono mniejsze jeśli projektant poświęca siły i czas na rzetelną analizę tego „projektu”. Z tego punktu widzenia trudno w ogóle mówić o czymś takim jako projekcie gotowym. Do czego gotowym? Może do sprzedaży, ale nie do złożenia w urzędzie a tym bardziej nie do realizacji.
          Inwestor nie zrozumie, że płaci projektantowi adaptującemu m.in. za to, żeby poprawić niedociągnięcia projektanta pierwotnego. I tłumaczenie kolejnemu delikwentowi, że to nie tak jak ktoś mu powiedział, po jakimś czasie jest już mało zabawne.

          Pełna zgoda jeśli chodzi o nakład pracy od spodziewanego i zazwyczaj iluzorycznego zysku. Tylko podejrzewam, że żaden inwestor kupujący dom gotowy i tak uzna to za za zdzierstwo, bo przecież kupił „projekt gotowy”. I tak w kółko (vide wypowiedź wyżej).

          Uświadamianie inwestorów – tak, acz (mówiąc bardzo subtelnie) będzie to trudne.
          Uświadamianie architektów – tak, ale obawiam się, że margines wspomniany przez Ciebie wcale taki wąski nie będzie, a przynajmniej zejście do poziomu marginesu z poziomu, gdzie ok. 60% (2014 rok) projektów domów jednorodzinnych to projekty gotowe będzie bardzo trudne. Jednak jestem za uświadamianiem. Jednak to może okazać się zdecydowanie za mało. Konieczne są jakieś regulacje w tym względzie, ale ci którzy je ustanawiają nie dość, że nie spełniają standardów intelektualnych to lekceważą nas. Ostatnie lata dobitnie to potwierdziły.

          Sporo z „projektów gotowych” ma swój numer ISBN, czyli jest to książka. Powstaje pytanie: jeśli to książka, to dlaczego ktoś nazywa ją projektem budowlanym? Inwestor ma prawo oczekiwać, że jego dom będzie indywidualnie zaprojektowanym dla niego obiektem, ale być może dla inwestora to nie ma takiego znaczenia. Tu znów wracamy do zagadnienia świadomości.
          Te książki, które nazwano projektem budowlanym dlatego posiadają numer ISBN, aby uskubać coś z VAT-u.

          Reasumując: uświadamianie przypomina mi „długi marsz przez instytucje” i będzie to naprawdę długi marsz; ryzyko każdy musi przekalkulować sam i ważne jest, żeby przed kalkulacją zebrać możliwie jak największą ilość argumentów i położyć je na wadze. Reszta w rękach fizyki.:) #waga

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: