Opowieść (przed)wigilijna

Opowieść (przed)wigilijnaW tym roku zamiast standardowych obrazkowych życzeń przedstawiamy wam wpis poruszający – naszym zdaniem – ważny temat.
Wpis jest może
mniej wesoły, ale mamy nadzieję, że pouczający, bo lepiej uczyć się na czyichś błędach i doświadczeniach. Może prowokujący do przemyśleń i (być może) dyskusji oraz do praktycznych porad… z Waszej strony.

Zdarzyło się tak, że tuż przed świętami Bożego Narodzenia – konkretnie 19 grudnia 2012 – zadzwonił potencjalny inwestor. Ten jednak był dość nieprzyjemny w rozmowie. Nie oznacza to, że był jakiś krzykliwy lub chamski, o co to to nie. Był bardzo uprzejmy i miły. Jednak coś w jego głosie nie pasowało, jakaś fałszywa nuta. Znacie to zapewne. Strasznie nalegał na spotkanie następnego dnia. Następnego dnia był czwartek (20.12.2012) i już wcześniej umówiłem się, że dostarczę projekt dla innego inwestora i to spotkanie z potencjalnym inwestorem nie było mi na rękę. Jednak w końcu zgodziłem się, choć wiedziałem, że lekko nie będzie.

Następnego dnia jechałem po dwugodzinnym śnie – zmęczony, ale zadowolony z faktu, że oddałem projekt i wywiązałem się z umowy – więc mogłem udać się na spotkanie z potencjalnym inwestorem. Nie uśmiechało mi się to, bo w jedną stronę miałem do pokonania ponad 80 km. Ale OK temat był wart wysiłku. Chodziło o przerobienie cechowni po kopalni w mieście graniczącym z Katowicami na centrum fitnessu. Zważywszy na rozmiar przedsięwzięcia brzmiało to naprawdę obiecująco. Samej powierzchni całkowitej wg PN-ISO 9836:1997 to ok. 4250m², a kubatury ok. 63000m³ – czyli niemało.

Przyjechałem na miejsce i poprosiłem jedną z sekretarek o kawę. Co prawda nie taką jaką kiedyś zaserwował R.B., ale na chwilę mnie obudziła. Po ok. 15 minutach zostałem poproszony do gabinetu, gdzie obok sekretarek przebywał potencjalny inwestor. Usadził mnie i się rozgadał. Siedziałem grzecznie nastawiony na odbiór sącząc drugą kawę. Człowiek okazał się masakrystyczną gadułą. Nie przeszkadzało mi to, bo byłem niewyspany i dzięki temu więcej się dowiedziałem bez zadawania pytań. Nie zadałem ani jednego.

Za to dowiedziałem się, że jestem młody, wykształcony, dynamiczny i w ogóle. Wszytko może bym i łyknał jak (jeszcze) młody pelikan, gdyby nie to, że… widzieliśmy się pierwszy raz. #seemslegit

Potencjalny inwestor powiedział mi wszystko, co na tym etapie chciałem wiedzieć, a nawet więcej. Moje podejrzenie wzrosło, gdy poproszono mnie o przygotowanie tylko projektu koncepcyjnego na podstawie inwentaryzacji, którą potencjalny inwestor już posiadał. Nie wspomniał jednak skąd ją ma. Zaskakujące było to, że za chwilę mam otrzymać edytowalny materiał cyfrowy. Dodał też, że jest możliwe, iż nasza współpraca zakończy się na projekcie koncepcyjnym, dając jednocześnie do zrozumienia, że projektem budowlanym może zająć się już ktoś inny.

Chwilę później musiał na moment opuścić pokój, ale przekazał sekretarkom, żebym dostał pliki zinwentaryzowanego obiektu. Okazało się, że panie nie były skore do wykonania polecenia i powiedziały, żebym obsłużył się sam. #OK 😀

Włożyłem nośnik USB i grzecznie zapytałem, które pliki mam wziąć. Oznajmiono mi, że wszystkie, więc… wziąłem wszystkie jakie były w otwartym folderze.

Podczas kopiowania poprosiłem o wskazanie, gdzie król piechotą chodzi i udałem się tam. Wychodząc na korytarz zauważyłem… jak potencjalny inwestor wita się z następnym architektem. Wróciłem po pendrive’a, a żegnając się z potencjalnym inwestorem usłyszałem, że życzyłby sobie wycenę na 21.12.2012 (piątek), bo potencjalny inwestor w swoim kalendarzu przewidział już, że wybrany projektant zajmie się jego tematem od 28.12.2012, a wniosek o pozwolenie na budowę będzie złożony 28.01.2013. #lol Dla mnie to spotkanie – niestety – okazało się stratą czasu. Poinformowałem o moich wątpliwościach dotyczących terminów oraz że wycenę wyślę 28.12.2012 i pożegnałem się.

W drodze powrotnej upewniłem się co do nieobecności projektanta instalacji elektrycznych i instalacji sanitarnych, po czym zastanawiałem się jakie absurdalne kwoty wpisać w tabelę z wyceną prac projektowych. Po powrocie poszedłem wreszcie się wyspać i zacząć przygotowania do świąt – Wigilia Świąt Bożego Narodzenia przypadała w poniedziałek.

Po świętach zajrzałem wreszcie na pendrive’a i przejrzałem zabrany materiał. Było ciekawie: sporo plików, których nie mogłem otworzyć z uwagi na to, że były w formatach, który mój ówczesny prościutki programik cadowski nie obsługiwał, ale pliki dwg odpaliły się bezproblemowo. Zawierały one imponująco dokładną inwentaryzację.

Podczas przeglądania dwie sprawy zwróciły moją uwagę: niedokończona inwentaryzacja i brak autora inwentaryzacji.

Temat śmierdział od samego początku, teraz dawał tak mocno jak poświąteczne odpadki karpiowe po jego patroszeniu lub jak ruskie onuce. #IYKWIM Szukałem jakiegokolwiek śladu autorstwa, ale nie znalazłem żadnej wskazówki.

Chciałem skontaktować się z autorem i dowiedzieć się czy będzie kończył inwentaryzację, a jeśli nie, to czy wie, że jakiś gość rozporządza jego pracą.

Materiał zapewne trafił nie tylko do mnie. Byłoby przecież czymś naturalnym, że biuro przygotowujące inwentaryzację przygotowuje również projekt koncepcyjny i budowlany. Dlaczego projektant przygotowujący inwentaryzację nie dokończył jej? Co się takiego stało, że nie zrobił tego? Dlaczego mam przygotować wycenę tylko dla projektu koncepcyjnego? Czy nie mogłoby być tak, że np. jednostka projektowa przygotowująca inwentaryzację nie dokończyła jej bez odpowiedniego wynagrodzenia? Jakie okoliczności temu towarzyszyły? Pytania się mnożyły, a mnie odechciało się cokolwiek robić przy tym temacie. Jednak żeby wywiązać się danego słowa przygotowałem i 28.12.2012 wysłałem potencjalnemu inwestorowi wycenę.

Była to najwyższa cena jaka mi przyszła w tym momencie do głowy z uwzględnieniem współczynnika bezpieczeństwa na poziomie 1,2 i… z uwzględnieniem dokończenia inwentaryzacji. #boom

Sprawę uznałem za zamkniętą, gdy wtem… 04.02.2013 zadzwoniła do mnie jedna z sekretarek potencjalnego inwestora z prośbą czy mógł zmodyfikować swoją wycenę, bo wygląda ona poważnie, ale jest za wysoka. Była 8.15 rano, pani spodziewała się, że do 13.00 przygotuję wycenę. Odmówiłem. Na to usłyszałem, że są też inni chętni do przygotowania dokumentacji. Odparłem, że zdaję sobie sprawę z realiów rynku i mimo to nie będę gotowy z ofertą na określoną godzinę. Następnego dnia wysłałem ofertę z jeszcze wyższymi cenami. To był koniec tej historii. Ufff…

Oprócz niesmaku, pozostała kwestia gryząca mnie jak wełniany świąteczny sweter z reniferem lub innym Mikołajem, czyli brak autorstwa przekazanych plików. Z okazji nadchodzących świąt, chciałbym żebyście zrobili mi i sobie przy okazji prezent: proszę Was żebyście chronili swoją pracę. Uważajcie komu i w jakich okolicznościach ją przekazujecie. Nigdy tak naprawdę nie wiemy jaki prawdziwy cel przyświeca osobie, której przekazujemy odsiedziane przed komputerem godziny.

Jeśli macie jakieś swoje sposoby na to, żeby nikt nie „zapomniał” autorstwa Waszych prac lub wyczytaliście gdzieś w zakamarkach internetów jak zabezpieczyć pracę rąk i mózgów i jeśli macie ochotę się tymi sposobami podzielić piszcie śmiało w komciach poniżej lub na naszym profilu na fb.

Chcemy życzyć wszystkim uprawiającym ten „piękny zawód, ale trudny”, spokojnych (bardziej refleksyjnych) i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia.


P.L.

 

Reklamy
2 comments
  1. robert skitek said:

    Zazwyczaj współpracując z klientem zakładamy, że możemy mu zaufać tak samo jak on nam. Czyli mocno. #zawódzaufaniapublicznego
    Najlepsze zabezpieczenie zastosowałeś. I to w idealnym momencie ;).
    Na serio to oczywiście umowy, ale sam się przyznaję do tego, że podpisuję umowy, w których prawie nieograniczone prawa autorskie przekazuję. Niby umowa to umowa i powinna być negocjowalna, ale ileż to razy inwestor (w moim przypadku zazwyczaj publiczny) broni się, że w tych punktach nie może jej zmienić, bo armia prawników je przygotowywała dla wszystkich inwestycji i trzeba by poruszyć Olimp, żeby coś zmienić. No i podpisujesz i masz zlecenie (i nadzieję), albo się ze zleceniem żegnasz…
    Gdzie tylko mogę, wpisuję w umowę, że efekt pracy może być przekazywany, publikowany itd wyłącznie z podaniem autora. Często działa.

    • Dzięki za cenny komentarz.
      Umowa z zapisami, o których wspomniałeś: że efekt pracy może być przekazywany, publikowany itd wyłącznie z podaniem autora, to bardzo dobre – o ile nie najlepsze – rozwiązanie.

      Moja obawa polegała na tym, że być może inwentaryzację robił jakiś projektant, który nie przewidział domniemanych niecnych działań inwestora lub też że inwentaryzację wykonali studenci.

      Jeśli zaszedłby ten pierwszy przypadek, to dobrze byłoby, żeby taki projektant zaznaczył w jakikolwiek sposób swoje autorstwo, np. wstawienie bloku ze swoimi danymi w punkcie 0,0,0 w pliku, albo w jakikolwiek inny sposób. Być może są takie, ale niestety nic – nawet po tak długim czasie – nie przychodzi mi do głowy, jak się zabezpieczyć przed opisanymi działaniami.
      Jeśli zaszedłby ten ten drugi przypadek, to podejrzewam, że taki plik niekoniecznie wykonany byłby na licencjonowanym oprogramowaniu i wtedy nikt nie będzie dochodziłby swoich praw w zakresie praw autorskich oraz możliwości wykonania projektu budowlanego i wykonawczego, choć dla takich młodych osób zamykają się wtedy możliwości wspięcia się na wyższy poziom umiejętności i wiedzy, dzięki współpracy przy takim dużym projekcie.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: